Styczeń 2026
W miesięczniku „Nowe Książki” (nr 1/2026) recenzja Tomasza Siewierskiego dotycząca monografii Jerzego Giedroycia przygoda z rewizjonizmem autorstwa Rafała Stobickiego.
„Monografia stanowi niezwykle ambitną, a zarazem odważną próbę reinterpretacji postaci legendarnego Redaktora paryskiej „Kultury” oraz środowiska Instytutu Literackiego w Maisons-Laffitte. Rafał Stobiecki, świadomie wykraczając poza utrwalone, nierzadko wręcz hagiograficzne narracje, stawia sobie za cel wnikliwe zbadanie »lewicowych« inklinacji Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego”.
W tym samym numerze „Nowych Książek” (nr 1/2026) recenzja książki Włodzimierza Boleckiego Czy Gombrowicz miał oczy autorstwa Pawła Tańskiego?
„Tom o Gombrowiczu przynosi osiemnaście tekstów o tym pisarzu, ukazujących jego twórczość w sposób odkrywczy i pomysłowy.
(…) Tytułowy tekst książki odsyła do kategorii semantyki dwóch form narracyjnych – opisu oraz opowiadania, jaką można zrekonstruować z wczesnych pism autora Kosmosu, a także do aspektu „oka wewnętrznego”, które służy bohaterowi Ferdydurke do spoglądania na świat realny.
(…) Wiele jest interesujących wątków w tej obszernej – bo liczącej ponad czterysta stronic – książce. Mowa tu bowiem i o somatyce, i o bestiarium argentyńskiego emigranta, o jego aforyzmach, stosunku do nauki i polskich poetów oraz pisarzy, o wyparciach i ukryciach. Ważnym elementem jest dialog badacza z Janem Błońskim jako znamienitym egzegetą twórczości Gombrowicza. Bolecki porusza również ogromnie istotne problemy badawcze, mianowicie szaleństwo umysłu oraz lęk wobec wszelkich interakcji między ludźmi jako dwa wielkie tematy pism autora Operetki, a także stawia tezę o aktywnej roli języka we wszelkich działaniach człowieka”.
W tym samym numerze „Nowych Książek” (nr 1/2026) Olga Żyminkowska pisze o debiutanckim zbiorze opowiadań Zmartwychwstanki Doroty Grabek.
„Grabek alegoryzuje współczesne bolączki, układa z nich bajki ze smutnym morałem, nazbyt czytelnie wyłożonym w ostatnim opowiadaniu.
(…) Świat Zmartwychwstanek jest dość płaski i dwukolorowy, jak ze snu taksówkarza. »Surrealistyczne« wstawki to tylko dodatki ilustrowane do oczywistych rozpoznań o samotności w wielkich miastach i zbyt ciasnych mieszkaniach”.
Luty 2026
W tym miesiącu nasz przegląd prasy zdominowały teksty Piotra Sadzika. W „Twórczości” (nr 2/2026) recenzuje Pijaczka Macieja Sieńczyka.
„Pijaczek jest (…) jedną z najśmieszniejszych, a zarazem najsmutniejszych książek, jakie widziała polska literatura.
Kompozycja książki zostaje rozpięta na dwóch osiach: podejmowanej po ponad 30 latach narracji wspomnieniowej oraz przetykającej ją rzekomej transkrypcji nagrania rozmowy, jaką w okolicach świąt Bożego Narodzenia 1990 roku Sieńczyk i jego kolega, Sebastian, mieli przeprowadzić z mieszkającym po sąsiedzku Pijaczkiem.
(…) Sieńczyk przedstawia go jako człowieka ogromnej subtelności, dysponującego pamięcią niemal absolutną, swobodnie przeskakującego od geografii, przez historię, do muzyki bibliofila, rzucającego co chwila cytatami z filmów i piosenek, nazwiskami angielskich piłkarzy sprzed lat czy detalami z życiorysów ludzi literatury.
(…) »Ulubionym pisarzem Pijaczka był Gombrowicz, którego często, a bywało, że bez przerwy, cytował lub przetwarzał«. (…) Gombrowicz to dla Pijaczka ostateczna instancja, której autorytet sięgnął aż po marzenia o pełnym z nim utożsamieniu: »chciałbym być Gombrowiczem«. Adam Woźniak w recenzji na łamach »Dziennika Literackiego« skojarzył Pijaczka, nie od rzeczy, z Pornografią. Wydaje mi się, że z wielości Gombrowiczowskich motywów jeszcze mocniej wybija się Ślub. I nie chodzi jedynie o »palic«, którym szafuje Pijaczek. »Spiritus movens« akcji Ślubu jest przecież Pijak”.
Z kolei w „Dwutygodniku” (432/2026) Piotr Sadzik opublikował głośny esej Gry pozorów o autorach i autorkach najnowszej prozy polskiej stosujących narracyjne i językowe gotowce. Wymienia m.in. składniową inwersję jako modną zasadę konstrukcyjną, której źródła należy szukać w literaturze Witolda Gombrowicza.
https://www.dwutygodnik.com/artykul/12327-gry-pozorow.html
(…) „A raczej w statusie, jaki zdobył w polskiej kulturze »Trans-Atlantyk« jako synonim idiomatyczności: »Wtenczas na kolana paść chciałem! Jednakowoż wcale nie padłem, a tylko tak z cicha Bluźnić, Wyklinać silnie, ale do siebie samego, zacząłem«. (…) Gombrowicz to klasyczny bloomowski silny poeta (choć poezji stanowczo nie cenił), który ustawił język dużej części polskiej prozy, być może jak żaden inny miejscowy twórca płacąc banalizacją, jaka dosięga go z ręki szerokiego grona deklaratywnych piewców i epigonów. Ich Gombrowicz jest Gombrowiczem zawężonym do kilku poręcznych haseł wytrychów, zredukowanym do tego, co najłatwiejsze do powielenia. Inwersja nie była jednak w tym przypadku obliczonym na poklask retorycznym ornamentem, ale błyskotliwym, a zarazem hiperlogicznym odzwierciedleniem na gruncie formy językowej napędzającego powieść chwytu polemicznego.
(…) Gombrowicz, pisząc Trans-Atlantyk w chwili dziejowego kryzysu (wybuch wojny, likwidacja kraju), kiedy stare umiera, a nowe jeszcze się nie narodziło, czujnie uchwycił status formacji kulturowej odsyłanej przez historię do lamusa. Aby osłabić czujność dotychczasowych form polskiego życia i wyswobodzić to, co dotąd tamowały, Gombrowicz imituje ich honorowaną, lecz zdezaktualizowaną już postać, by wspólnocie polskiej w obliczu dziejowej katastrofy otworzyć furtkę dla jej potencjalnie nowych kształtów. Z dialektyczną precyzją zahacza więc o formy już istniejące, wykorzystując te zakrzepliny języka jako trampolinę wyrzucającą poza zastane układy i słowniki. Co więcej, składniowa gramatyka szlacheckiej gawędy ulega squeerowaniu, od kiedy w inwersji znajduje wspólny mianownik z obecną w fabule nieheteronormatywnością – dawna psychologia »inwersją« określała homoseksualizm”.
W ramach współpracy Instytutu Polskiego w Wilnie z litewskim miesięcznikiem „Metai” (nr 2/2026) ukazał się artykuł Brunona Schulza o Ferdydurke, który ten odczytał publicznie w styczniu 1938 roku w Związku Literatów Polskich w Warszawie, a opublikował w „Skamandrze” (nr 96-98) latem tego samego roku.
https://www.zurnalasmetai.lt/bruno-schulz-ferdydurke/
marzec 2026
W miesięczniku „Odra” (3/2026) można przeczytać artykuł Marka Zybury dotyczący recepcji twórczości Witolda Gombrowicza w niemieckojęzycznym kręgu kulturowym oraz przedruk wybranych listów Witolda Gombrowicza i Günthera Neskego z 1958 roku, które dotyczą okoliczności niemieckiego wydania Pamiętnika z okresu dojrzewania.
„(…) Günther Neske (1913-1997), znany dzisiaj tylko historykom literatury, ale od lat pięćdziesiątych po siedemdziesiąte XX wieku elitarny wydawca publikujący śmietankę intelektualno-literacką RFN, trafił na Gombrowicza przypadkowo dzięki polskiemu krytykowi literackiemu Andrzejowi Wirthowi, który zaraził go swoim entuzjazmem dla pisarza. Zafascynowany nim, pozostał jego wydawcą do śmierci.
(…) W okolicznościowym almanachu wydawnictwa Neskego czytamy (…): »Była to trudna współpraca nie tylko z powodu problemów językowych«. Wszelako jest to konstatacja, która więcej przemilcza, aniżeli wyjawia. Konkretniej – i dosadniej – wypowiedział się w liście do Richtera sam Neske, kiedy (po śmierci pisarza) wspominając swoje zaangażowanie w promocję jego twórczości w Niemczech, pisał o »Gombrowiczu jako koncie strat« (Verlustkonto Gombrowicz, list z 5.07.1971). Musiał mieć przy tym na myśli nie tylko straty finansowe, ale i czysto ludzkie rozczarowanie. (…) Publikując w 1970 roku pełną trzytomową edycję Dziennika, Neske zrealizował ostatecznie swój zamiar sprzed dekady, aby w pełni udostępnić twórczość Gombrowicza czytelnikom niemieckim”.
Książką tygodnia „Przeglądu Politycznego” został Gombrowicz i „dusza polska” Stefana Chwina, który autorem Trans-Atlantyku zaczął zajmować się na początku lat 70. jako magistrant Marii Janion na Uniwersytecie Gdańskim. Dopełnieniem obronionej z wyróżnieniem pracy „Gombrowicz i »Forma polska«” jest książka wydana w marcu tego roku. Chwin zebrał w niej teksty opublikowane przed laty jak, np. „Trans-Atlantyk wobec Pana Tadeusza” oraz rozszerzył o premierowe „Wina i odpowiedzialność w Ślubie” czy „Humanizm »mieszańca«”.
https://przegladpolityczny.pl/gombrowicz-i-dusza-polska-ksiazka-tygodnia/
We wstępie do publikacji czytamy: „Moja filozofia »niepełnego uczestnictwa w życiu«, której starałem się być wierny od najwcześniejszej młodości, znajdowała w jego pisaniu nie tylko zachętę, lecz i mocne, jak mi się zdawało, filozoficzne alibi. Zawsze dbałem o to, żebym nie został nadmiernie połknięty przez »stado«. Gombrowiczowska filozofia formy pomagała mi zbudować szklaną taflę między mną i innymi, zza której mógłbym obserwować życie, nie za bardzo tonąc we wspólnych sprawach. Fascynowała mnie formuła wolności, którą Gombrowicz zawarł w swoich książkach.
(...) Gombrowiczowska myśl była ciekawa nie tylko dlatego, że broniła praw jednostki, ale także dlatego, że miała rozległy zakres problemowy, obejmujący nie tylko zagadnienia egzystencji lecz także kluczowe kwestie historii. Myśl ta pozwalała lepiej zrozumieć to, co zdarzyło się w wieku XX. Dotykała zawikłanej sprawy odpowiedzialności za masowe »zbrodnie bez sprawcy«, do jakich dochodziło podczas II Wojny. Pozwalała głębiej wejrzeć w tajemnice ducha niemieckiego. Rzucała nowe światło na proces norymberski. Zdzierała zasłonę złudzeń z istoty literatury, pokazując ją jako erotyczny spektakl uwodzenia i formalnego podstępu. Uczyła nieufności do autora i narratora, świetnie wpisując się w zawsze dla mnie ważną »filozofię podejrzeń«.
Cały czas jednak czytałem Gombrowicza tak, jak czytałem innych pisarzy, to znaczy pytając, czy w tym, co pisał, miał rację. I nie zawsze mu tę rację przyznawałem. Gombrowicza czytałem nie tylko analitycznie, lecz także polemicznie, budując własną myśl w konfrontacji z jego myślą. Tak zresztą rozumiem istotny sens wszelkiej lektury”.
Kwiecień 2026
Na „dzieje.pl” Anna Kruszyńska rozmawia z Aleksandrą Gąsowską, autorką książki Starsza siostra. Biografia Ireny Gombrowicz.
„Irena była środkowym dzieckiem, trzecim w kolejności. Urodziła się po Januszu i Jerzym, a pięć lat po niej urodził się Witold. (…) wydała mi się postacią pozytywną - głęboko religijną i skromną. Była zaangażowana w działalność społeczną, skupioną głównie wokół organizacji katolickich. Postanowiłam sprawdzić, czym tak naprawdę się zajmowała. (…) Okazało się, że była osobą samodzielną, która odważnie decydowała o swoim losie. Pomimo wielu trudności, chociażby poważnych kłopotów zdrowotnych, próbowała zdobyć wykształcenie, ucząc się we Wszechnicy Polskiej, a potem na Uniwersytecie Warszawskim. To na pewno nie była kobieta stojąca w cieniu. (…) Można powiedzieć, że Irena wyrastała w atmosferze emancypacji. Sama nie zdecydowała się na małżeństwo i macierzyństwo, które w tamtych czasach miały być właściwie jedynym celem kobiety. Współpracowała z różnymi redakcjami, pisała recenzje, artykuły, scenariusze przedstawień teatralnych dla młodzieży. Pomagała dzieciom z najuboższych rodzin. Z dużym szacunkiem wypowiadała się o wartości, jaką jest rodzina”.
W tygodniku „Do Rzeczy” (nr 18/2026) Grzegorz Kondrasiuk z uznaniem recenzuje spektakl Trans-Atlantyk w reżyserii Łukasza Witt-Michałowskiego w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie.
„Witold (Jarosław Tomica) jest schwytany w pułapkę przeciwieństw: jedyny trzeźwy w pijanym świecie. Zresztą mówi o tym wprost cytatami, o których dziś nikt nie pamięta (»wejść w Paryż z niewinną nonszalancją, jako konserwatysta-burzyciel, hreczkosiej-awangardzista, lewicowiec prawicowy, prawicowiec lewicowy« itd.). To »idę albo nie idę« Witolda nie jest pustym i zabawnym retorycznym zwrotem, ale wyznaniem radykalnego, rozpaczliwego nihilizmu. Nikt tu nie ma racji i nikomu nie chodzi o jakąkolwiek wartość, bo wszyscy są jednakowo ośmieszeni i zniewoleni przez własne przekonania. (…) Trans-Atlantyk jest jednym z najlepszych spektakli lubelskiego teatru w ostatnich dekadach. Znikły naiwność, taniość i bylejakość, która nieraz rzucała się tu w oczy. Odnalazła się wreszcie, gdzieś zagubiona, umiejętność precyzyjnego panowania nad materią, skupionego zarówno na detalach, jak i na dużych znakach. Granie tak bardzo na serio, jak to się tylko w teatrach dramatycznych potrafi, zostało oprawione jak sztuczny diament w Witt-Michałowskiego styl prowadzenia aktorów, dowcipny, pastiszujący, leciutko naśmiewający się z siebie samego. Ale wszystko to byłoby tylko (i aż) sprawnym, mądrym teatrem – gdyby nie talent Jarosława Tomicy, wznoszącego to przedstawienie na inny poziom. Kafkowska świadomość utkwienia w pułapce – wszystko to jest w jego graniu, jednocześnie drapieżnym i łagodnym. To raporty ze szczytów rozpaczy, ale bez nachalnego, rozchełstanego użalania się nad sobą i światem. To postać jak wielki, nienapisany traktat”.
Maj 2026
W tym miesiącu prym wiodą recenzje teatralne. W miesięczniku „Odra” (nr 5/2026) Jacek Sieradzki z pewnym sceptycyzmem pisze o spektaklu Rejs. Historia w poznańskim Teatrze Nowym.
„(…) Scenarzysta i reżyser Radosław Stępień rusztowaniem widowiska uczynił dwa transatlantyckie rejsy: statku Chrobry, który uwoził pisarza do Argentyny w roku 1939, i okrętu Federico Costa, którym onże do Europy wracał w roku 1963. Jako budulca użył opowiadań (wśród nich Zdarzenia na Brygu Banbury, poręcznego, bo lokowanego na morzu), urywków Ferdydurke, Trans-Atlantyku. Także niedokończonego dramatu Historia, traktowanego tu trochę jak odkrycie, chociaż w życiu scenicznym Gombrowicza ma niebłahe dzieje, a ostatnio doczekał się nawet wersji operowej z muzyką Michała Dobrzyńskiego. Na wizję przedwojnia złożyło się wiele tekstów; drugą, powrotną część zdominował Dziennik, Wspomnienia polskie i publicystyka.
(…) Kilka minut po przerwie w poznańskim teatrze robi się nagle jasne, że w nasze uszy wpadały dotąd tylko wyrazy. Owszem, dobrze ułożone. Prawidłowo wypowiedziane. Powiązane w scenki, niekiedy błyskotliwe. Ale właśnie sprowadzone do informowania, co teatr chce nam opowiedzieć, jaki, by tak rzec, kawałek Gombrowicza zilustrować, jaką anegdotę przywołać, jakie wnioski zasugerować”.
Na popkulturowcy.pl Krystian Wieczorek krytycznie ocenia Iwonę, księżniczkę Burgunda wyreżyserowaną przez Annę Augustynowicz w Teatrze Ateneum w Warszawie.
„Próby odczytania dramatu Iwona, księżniczka Burgunda przez Annę Augustynowicz kończą się na ułatwianiu odczytania tekstu widzom poprzez przeniesienie jego motywów na współczesny język skryty w tle wydarzeń. Niestety nie znajdziemy tu nic rewolucyjnego. Spektakl jest warsztatową perełką – wybitne aktorstwo, przyjemne tempo i sprawnie dobrane otoczenie. Reżyserka boi się jednak ingerować w kod źródłowy i tylko uzupełnia treść o własne pomysły. W ten sposób jednym pozwala spojrzeć na dramat w kryteriach współczesności, innym – odbiera okazję do własnych przemyśleń. Iwona, księżniczka Burgunda w warszawskim Teatrze Ateneum to inscenizacja, którą zobaczyć warto. Nie spełnia ona jednak oczekiwań wobec zapowiadanych refleksji podejmujących tematy »od fabryk śmierci do współczesnych napięć społecznych«”.
Czerwiec 2026
Piotr Sadzik na culture.pl w eseju Stare formy umarły, czyli jak w 2026 roku czytać Gombrowicza (i dlaczego) pokazuje dzieło pisarza jako przenikliwą diagnozę podmiotu doby totalitaryzmów wobec historycznych i społecznych przemian XX wieku oraz kryzysu politycznych form.
https://culture.pl/pl/artykul/stare-formy-umarly-czyli-jak-w-2026-roku-czytac-gombrowicza-i-dlaczego
„(…) Oczywiście, obca była Gombrowiczowi polityczna bieżączka i publicystyczna doraźność, równocześnie jednak wszystkie kluczowe figury jego wyobraźni ukształtowały się w ściśle określonych warunkach historycznych i stanowiły na nie bezpośrednią odpowiedź: »jestem po prostu kimś, kto usiłuje wyciągnąć konsekwencje ze swojego czasu«.
(…) zaniedbane uhistorycznienie tekstów Gombrowicza trzeba uznać za niezbędny warunek rekonstrukcji jego projektu intelektualnego. Dopiero wtedy zobaczymy, że nawet tak pozornie niepolityczne figury z Gombrowiczowskiego słownika jak »młodość« czy »Forma« nie są uniwersalnymi pojęciami zawieszonymi w abstrakcyjnym bezczasie. Są reakcją na kształt Historii, a zarazem próbą wyposażenia »ja« w narzędzia pozwalające mu na uratowanie własnej podmiotowości w obliczu rozszalałego dziejowego żywiołu.
(…) Historykiem »do pewnego stopnia« jest Gombrowicz też wówczas, gdy przygląda się najbardziej charakterystycznej sytuacji swojego pisarstwa. Jest pisarzem kryzysu, a więc sytuacji, w której dotychczasowe formy życia zawisły w próżni, nowe jeszcze nie okrzepły, wszyscy więc tkwią w konwulsjach epoki przejściowej”.
Andrzej Brzeziecki na łamach „Gazety Wyborczej” (nr 145/2026) polemizuje z Radosławem Sikorskim, który w kontekście odpowiedzialności za obronę ojczyzny stwierdził, że: „Nie każdy jest Gombrowiczem, który też dał dyla, ale przynajmniej się tego wstydził” („Magazyn Wyborcza” nr 142/2026).
„Sprawdźmy, czy rzeczywiście »dał dyla« i czy się wstydził. Transatlantyk »Chrobry« wypłynął z Gdyni 29 lipca 1939 roku – ponad miesiąc przed atakiem Niemiec. Gombrowicz znalazł się na pokładzie trochę przypadkiem, bo w ostatniej chwili dostał propozycję udziału w tym rejsie. Wyszła od Jerzego Giedroycia, wówczas pracującego w Ministerstwie Przemysłu i Handlu. Gombrowicz wraz z drugim literatem – Czesławem Straszewiczem byli oficjalnie gośćmi ministra.
(…) Ba, pisarz wchodził na pokład – tak jak inni pasażerowie – w przekonaniu, że wróci nad Wisłę i gdyby w drugiej połowie sierpnia wypadki nie nabrały dramatycznego obrotu spraw – najpewniej tak by było.
(…) W chwili podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow pisarz był wciąż na statku, ale dwa dni później, gdy »Chrobry« popłynął najpierw do Brazylii a po kilku tygodniach w kierunku Wielkiej Brytanii (ale już, co oczywiste, nie do Polski), Gombrowicz pozostał w Argentynie. Na ponad dwadzieścia lat. Decyzja o pozostaniu w Ameryce Południowej została więc podjęta jeszcze przed wybuchem wojny.
(…) Jak tłumaczył – »nie była to żadna dezercja, gdyż Polska, tak czy owak, była już niedostępna«. 35-letni Gombrowicz jednak zgłosił się do poselstwa polskiego w Buenos Aires po zejściu na ląd, więc zrobił to, co jako obywatel winien zrobić. Zaś gdy na obczyźnie formowało się wojsko polskie, stanął przed komisją poborową, która go odrzuciła. Czy można nazwać to »daniem dyla«? Można też mieć pewne wątpliwości co do tego, czy Gombrowicz wstydził się sytuacji, w jakiej się znalazł. »Byłem wstrząśnięty, zdruzgotany, ale i szczęśliwy, że jakimś cudem znajduję się za oceanem« – wspominał”.
Lipiec 2026
Eugeniusz Wiśniewski na portalu kresy.pl opisuje historię statku pasażerskiego MS „Chrobry”, którego losy wiążą się z życiem Witolda Gombrowicza.
„29 lipca 1939 roku z portu w Gdyni wypłynął w swój pierwszy rejs transatlantyk MS »Chrobry«. Najnowszy wówczas statek polskiej floty pasażerskiej obrał kurs na Amerykę Południową. (…) Wśród 1042 pasażerów znajdował się Witold Gombrowicz, który po zakończeniu podróży pozostał w Argentynie i już nigdy nie zamieszkał w Polsce.
(…) Witold Gombrowicz miał w chwili wypłynięcia 34 lata i był znany przede wszystkim jako autor wydanej dwa lata wcześniej powieści Ferdydurke. Na »Chrobrym« podróżował razem z pisarzem Czesławem Straszewiczem. Dysponowali biletami na trzecią klasę kabinową. Zajmowali wspólną kajutę na pokładzie B – Gombrowicz spał na koi oznaczonej numerem 17 B, a Straszewicz na koi 17 A.
(…) Gombrowicz początkowo miał wrócić do Polski tym samym statkiem. Pozostał jednak w Buenos Aires, gdy nad Europą zawisła groźba wojny. Argentyna stała się jego domem na niemal ćwierć wieku, a podróż »Chrobrym« wyznaczyła najważniejszy przełom w jego życiu. Wydany w 1953 roku Trans-Atlantyk nawiązywał do przybycia pisarza do Ameryki Południowej oraz jego zetknięcia z tamtejszym środowiskiem polonijnym”.
Na culture.pl ukazał się artykuł Agnieszki Warnke poświęcony Irenie Gombrowicz, bohaterce książki Aleksandry Gąsowskiej Starsza siostra. Biografia Ireny Gombrowicz.
https://culture.pl/pl/artykul/irena-siostra-gombrowicza
„Publicystka, społeczniczka, ziemianka, córka, siostra, przyjaciółka. Z książki Aleksandry Gąsowskiej Starsza siostra. Biografia Ireny Gombrowicz (Wydawnictwo Znak, 2026) wyłania się postać wielowymiarowa. Autorka przez lata szukała śladów życia i twórczości kobiety, która dotąd pozostawała w cieniu słynnego brata. Odnalazła nie tylko nieznane lub zapomniane teksty literackie, lecz także historie rodzinne. Takie, które więcej mówią o epoce i społeczeństwie niż niejeden podręcznik.
(…) To ona przepisuje dzieła młodszego o pięć lat brata i rozsyła je bliskim oraz wydawcom. Mimo że ich nie rozumie. Choć odradza Witoldowi publikację Ślubu, jedną z wielu kopii przekazuje »Twórczości«. Ferdydurke podsyła Magdalenie Skarżyńskiej, z którą działa w Stowarzyszeniu Młodych Ziemianek, z ostrzeżeniem, że jej brat zwariował. Rękopis trafia do siostrzeńca Skarżyńskiej, Kota Jeleńskiego, późniejszego miłośnika i popularyzatora twórczości Gombrowicza.
(…) Gąsowska zauważa, że w zachowanych rękopisach, chociażby w sprawozdaniach czy wspomnieniach uczestniczek Koła Ziemianek, Irena zawsze występuje jako Rena. Tak też zwracają się do niej najbliżsi. Przypomnijmy za autorką Starszej siostry, że »Zjednoczone Koło Ziemianek było pierwszym na świecie legalnym stowarzyszeniem zawodowo-gospodarczym kobiet. […] Celem organizacji było unowocześnienie gospodarstwa kobiecego, podniesienie poziomu oświaty, zreformowanie systemu edukacji i wychowania dzieci«. Córka Antoniny kontynuuje działalność matki w tym stowarzyszeniu, przede wszystkim zajmując się aktywnością publicystyczną”.
sierpień 2026
20 września poznamy laureatkę lub laureata 11. edycji Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza, przyznawanej za debiut rozumiany jako pierwsza lub druga książka autora, napisana prozą artystyczną w języku polskim. Z tej okazji w tym miesiącu prezentujemy wybrane recenzje nominowanych książek.
W numerze 5/2026 „Twórczości” Paulina Małochleb tak pisze o powieści Marcina Czarnika Trzy dni, trzy noce.
„(…) Czarnik jest jednym z najbardziej sekularnych spośród polskich młodszych autorów. Posługuje się bowiem Biblią jak mitologią, poszukując w niej intrygujących historii, które będzie mógł po swojemu przebudować. Jednocześnie zaś wprowadza do własnych powieści kod, który dla większości czytających jest zrozumiały i w jakiś sposób oswojony. Na takiej płaszczyźnie porozumienia szybko można tworzyć liczne wersje, przekształcenia i zmiany. (…) W Trzech dniach… cała historia opiera się na motywie winy i wstydu, a z tej przyczyny musi zaczynać się od Kaina i Abla.
Mit zabójczej braterskiej rywalizacji Czarnik zamienia w historię rodziny. Biblijne wyliczenie kolejnych pokoleń i stojących na ich czele synów – potomków Seta – służy mu jako punkt wyjścia dla opowieści o wiejskich przodkach z Czucza. Bardziej interesuje go bowiem przemiana pokoleń, budowanie życia na przekór winie i jednoczesne tej winy dziedziczenie. W społeczeństwie osób przeżywających swoje terapie, poszukujących dziedziczonej traumy, krzywdy i wstydu, Czarnik porusza się płynnie. Nie da się powoływać na Trzy dni… w walce o terapeutyczne wykorzystanie pańszczyzny, ale książkę można czytać jako opowieść o silnej zindywidualizowanej potrzebie trwania na przekór wszystkim lub poddawaniu się w obliczu przeciwności. Bohaterowie Czarnika są wyraźnie przez niego opowiadani, uprzedmiotawiani, umieszczani w szeregu wyliczeń i syntetycznym streszczeniu historii domowej ostatnich stu lat”.
Kajetan Poniatyszyn na dziennikliteracki.pl dostrzega „podwójne zmącenie” w powieści Marcina Czuba Natura dziury.
„(…) Głównym bohaterem Natury dziury jest Ryszard, mieszkaniec jednej z wrocławskich altanek działkowych na Niskich Łąkach (pozdrawiam zza torów!), domorosły filozof. Pewnego dnia natyka się w radiu na tajemniczą audycję „Przekaz z Kosmosu” nadawaną z przyszłości, od której dzieli go sto lat. Narracja w książce toczy się zatem dwutorowo, przynajmniej do jakiegoś czasu: z jednej strony obserwujemy poczynania narratora, z drugiej zaś doświadczamy kolejnych nagrań. Te ostatnie są głównym źródłem dziwności w powieści.
(…) Podczas jednej z audycji bohater poznaje innowacyjną metodę przenoszenia chorób z jednego ciała do drugiego, kończącą się niemal całkowitym wyrugowaniem każdego schorzenia. Z racji tego, że sam zmaga się z bólem pleców, nieustannie dąży do próby odtworzenia cudownej kuracji, opierającej się na połączeniu w jednym transie wielu osób. W rezultacie działań bohatera istotnie dochodzi do „zabiegu”, nie kończy się on jednak zgodnie z oczekiwaniami. Wątek ten ciągnie się przez prawie całą książkę, stanowiąc jedną z głównych osi fabuły.
(…) Autor nabiera największej pisarskiej werwy, gdy pisze o absurdach, po które nie trzeba sięgać sto lat wprzód, bo mamy je już teraz – czyli o współczesnym świecie finansjery, funduszy inwestycyjnych oraz gorączce pomnażania kapitału.
(…) Pomimo pewnych potknięć książka Czuba stanowi interesujące studium wybranych absurdów współczesnego świata. Docenić tu należy sferę narracyjną, nieustanne przeplatanie się współczesności i przyszłości, mącące w głowie zarówno osobom czytającym, jak i głównemu bohaterowi powieści. Jeśli stawką Natury dziury było podwójne zmącenie - konwencyjne i percepcyjne – to Czub cel ten z pewnością osiągnął”.
Na portalu dwutygodnik.com Marta Zdanowska docenia kreacyjny wymiar Zmartwychwstanek Doroty Grabek.
https://www.dwutygodnik.com/artykul/12246-nikt-nie-potrzebuje-tylu-kolorow.html
„Debiutancki zbiór opowiadań Zmartwychwstanki Doroty Grabek można potraktować jako zestaw surrealistycznych historii, z których wyobraźnia pisarki stwarza światy fantomowe i odrealnione, a przez to fascynujące.
(…) Bohaterowie Grabek zamieszkują wszędzie i nigdzie. To anonimowa metropolia, w której wybudowano bogate osiedla i sklepy z telewizorami pokazującymi tylko piękne widoki, a tuż obok złośliwie znalazły swoje miejsce slumsy i Aleja Urody z tanimi usługami branży beauty. Może to Warszawa, a może Nowy Jork. Jej postacie żyją tam, gdzie trwa codzienna walka o przetrwanie. Mimo surrealizmu i humoru wpisanego w tekst wielu bohaterów Grabek trzyma się życia już tylko z przyzwyczajenia, jedną ręką. A inni mówią: »Wolałbym nie«, i wjeżdżają samochodem do rzeki albo wysyłają się w pudle jako eksponat do muzeum wstydu”.
Agnieszka Nęcka-Czapska na łamach „ArtPapieru” (528/2025) dostrzega gry z konwencją w Reczach robionych specjalnie Emilii Konwerskiej.
https://artpapier.com/index.php?artykul=10556&page=artykul&wydanie=522
„Nie sposób dookreślić, z jakim gatunkiem mamy tu do czynienia. Owe fragmenty nie przypominają zbioru opowiadań ani powieści. Raczej są zapiskami pamiętnikowymi, ale z racji tego, że ulokowane zostały na granicy realizmu i surrealizmu można na nie patrzeć jako na prozę eksperymentalną (…), która wypełniona została krótkimi notatkami poświęconymi różnym tematom czy też aspektom codzienności. (…) Konwerska (i)gra z lekturowymi przyzwyczajeniami czytelników, starając się odzwierciedlić wyobcowanie głównej bohaterki również za pomocą prozatorskiej formy. Pokawałkowane, wyrwane z kontekstu, niezakotwiczone w konkretnym czasie i miejscu, »skaczące« z tematu na temat, skoncentrowane na detalach sekwencje tej narracji są jednakże w pewnym sensie do siebie przylegające, tworząc swoisty pejzaż skomplikowanego świata wewnętrznego narratorki tych opowieści.
(…) Autorka stawia na ironię i surrealizm, próbując przekonać, że żyjemy w pozorach, ukrywając własne »ja« i udając kogoś, kim nie jesteśmy. To, co zwyczajne wcale takim być nie musi, zaś konsekwencje wyborów i codziennie podejmowanych decyzji mogą okazać się destrukcyjne”.
Aleksandra Pakieła na vogue.pl omawia debiutancki zbiór opowiadań Arka Kowalika Dźwięki ptaków jako opowieści o kryzysie.
„Coraz częściej łapię się na tym, że szukam w literaturze odpowiedzi na pytania, które nie mają prostych rozwiązań. Interesuje mnie nie tylko to, co się wydarzy, lecz także to, jak się czujemy w świecie, który coraz częściej trudno zdefiniować. Książki, które zostają ze mną na dłużej, to te, które dotykają naszej współczesnej kondycji: zmęczenia, lęku o przyszłość, samotności. To, czego szukam, znajduję w zbiorze opowiadań Arka Kowalika pt. Dźwięki ptaków wydanym przez wydawnictwo ArtRage. To opowieść o kryzysie – klimatycznym, społecznym, emocjonalnym – ale też o tym, że czułość może być aktem oporu. Że warto jeszcze pytać o to, czy jednostkowe wybory coś znaczą, o to, co właściwie oznacza realna wartość pracy i czy bunt ma sens.
(…) Część historii dzieje się w dobrze rozpoznawalnej teraźniejszości, inne wybiegają w przyszłość – czasem niedaleką, czasem trudną do umiejscowienia. Wspólny pozostaje pejzaż emocjonalny: znużenie, przeciążenie bodźcami, utrata bliskości i potrzeba odnalezienia czegoś prawdziwego. Bohaterowie mieszkają w Warszawie – wśród wyschniętej Wisły, kruszejących kamienic, dusznych klubów, błyszczących biurowców i aplikacji rozpoznających nastrój użytkownika. Pracują w firmach, które nie zostawiają im przestrzeni na realne życie. Szukają spokoju, czułości, decyzji podjętych na własnych warunkach”.
Oprac. Michał Wajs
Instytucja współprowadzona przez Samorząd Województwa Mazowieckiego oraz Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

